piątek, 17 kwietnia 2015

Opowieść o klikaczu



Dzisiaj opowiem Wam trochę o sobie. O tym jak fotografuję i skąd wzięło się u mnie to hobby.
Z wykształcenia jestem inżynierem środowiska. Nigdy nie zajmowałam się zawodowo fotografią. Jednak od zawsze ten temat mnie interesował. W mojej rodzinie jak sięgnę pamięcią zawsze był aparat fotograficzny. Prowadziliśmy bogate domowe archiwum. Moja Babcia i Dziadek pozostali nieśmiertelni dzięki zdjęciom, które robili podczas podróży po Polsce. W tamtych czasach podróżowanie po świecie nie było tak dostępne jak teraz. Pozostawało więc zwiedzanie naszego kraju. Dziadkowie jeździli na narty do Zakopanego i Krynicy. Latem odwiedzali nadmorskie kurorty. Z każdej podróży przywozili zdjęcia, które od dzieciństwa mogłam podziwiać w domowych albumach.


 Moja Mama miała już większe możliwości wyjeżdżania za granicę, gdyż będąc pianistką dawała koncerty w różnych krajach. Z każdego tourne przywoziła piękne fotografie. Nic więc dziwnego, że wychowując się w domu, w którym do tradycji należało robienie zdjęć w najróżniejszych okolicznościach sama uznałam za oczywiste, że aparat fotograficzny jest nieodłącznym towarzyszem życia.
Pamiętam czasy gdy stało się kilka godzin w kolejce przed sklepem fotograficznym aby zdobyć zenitha bo plotki donosiły, że aparaty te zostaną rzucone na rynek. Ileż radości przyniosło mi rozpracowywanie możliwości tego sprzętu. Zmiana przesłony, czasu, ustawianie ostrości – wszystko robiło się ręcznie. Żaden automat nie podpowiadał co trzeba robić, żeby zdjęcie „samo” się zrobiło. To była moja pierwsza „szkoła fotograficzna”. Pokazała jak bardzo zmiana ustawień aparatu wpływa na efekt końcowy. Nauczyłam się myśleć przy robieniu zdjęć. Potem nastała era „idioten camera”. Aparatem robiło się pstryk a automat już o wszystkim za nas decydował. Tego okresu nie wspominam ze szczególnym sentymentem. „Małpki” nie dawały specjalnie dużego pola do popisu. Domowe albumy zapełniały się setkami nudnych, sztampowatych zdjęć, oglądaniem których zamęczałam znajomych. Sytuacja zmieniła się gdy zrealizowałam marzenie mojego życia i pojechałam w Himalaje w 2005r. Zabrałam ze sobą (po wykonaniu solidnego rozeznania w temacie) mały, lekki aparat mju II załadowany slajdami fuji. Aparat miał być niezawodny i taki był. Miał mieć rewelacyjny obiektyw i taki miał. Slajdy velvia miały doskonale oddawać kolory i tak też było. Z podróży przywiozłam wspaniałe zdjęcia, które zachwyciły moich przyjaciół. 


Wtedy uświadomiłam siebie pewną rzecz. Istnieją dwie możliwości przyciągnięcia uwagi widzów. Zrobić zwykłe, poprawnie wykonane zdjęcie egzotycznego miejsca albo wykazać się dużą inwencją i pomysłowością przy uwiecznianiu codzienności. Od tamtej pory zaczęłam robić zdjęcia wszystkiego i w każdej okoliczności. Eksperymentując ze sprzętem i technikami obróbki zdjęć. Na wyposażeniu miałam już lustrzankę cyfrową, kilka obiektywów: standardowy, długoogniskowy, makro. W czasie gdy nie wyjeżdżałam w ciekawe miejsca robiłam zdjęcia w domu. Skupiając się na wydobyciu piękna i niezwykłości rzeczy codziennych. Kwiaty na balkonie w zachodzącym słońcu. Woda w kranie uwieczniona przy różnych czasach otwarcia migawki. Pyłki topoli fotografowane pod światło obiektywem makro. Biedroneczki na gałązkach, pajączki w sieci. 



Coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nie ma tematu który by mnie nie ciekawił. Aparat stawał się moim sprzymierzeńcem. Pozwalał na uwiecznienie mojego nastroju. Gdy byłam radosna tworzyłam mnóstwo pogodnych zdjęć. Gdy ogarniała mnie nostalgia moje zdjęcia stawały się mroczne i smutne. 
Doszłam do momentu, że wszystkie wolne pieniądze wydawałam na sprzęt fotograficzny a robienie coraz oryginalniejszych i doskonalszych zdjęć stawało się moją obsesją. 
 Wyjście z domu bez aparatu i przepuszczenie okazji na wykonanie ciekawego zdjęcia było dla mnie niewyobrażalnym wykroczeniem. Potrafiłam robić sobie przez kilka dni wyrzuty jak zdarzała się sytuacja, w której mogłam zrobić zdjęcie a nie miałam przy sobie aparatu.
Z czasem zaczęłam publikować swoje zdjęcia w internecie na różnych portalach fotograficznych. Zaczynając od onephoto. Potem  byli obiektywni, olympusclub. Wszędzie można mnie znaleźć pod pseudonimem klikacz. Dzięki aktywności w internecie poznałam dużą grupę ludzi podobnie jak ja zwariowanych na punkcie fotografii. Mogłam z nimi wymieniać poglądy na temat różnych technik robienia zdjęć. Mogłam usłyszeć (przeczytać) uwagi dotyczące moich publikowanych prac. Wielokrotnie złościłam się po otrzymaniu krytycznego komentarza albo gdy moje zdjęcie zostało wymoderowane. Z czasem nabrałam do sprawy większego dystansu. Zrozumiałam, że krytyczne uwagi przyczyniają się do tego, że mogę coraz bardziej udoskonalać swój warsztat fotograficzny. Oglądając zdjęcia innych użytkowników portali również dużo się uczyłam. Inspirowałam się nimi przy tworzeniu swoich prac. Aktualnie nadal „działam” w internecie. Portale społecznościowe zrzeszające ludzi mających to samo hobby umożliwiają również kontakty osobiste. Często umawiamy się na wspólne plenery fotograficzne: miejscowe lub wyjazdowe. Spotykamy się w gronie osób mieszkających blisko siebie celem pogadania o naszych wspólnych zainteresowaniach. Fajnie jest mieć hobby i móc je dzielić z wieloma ciekawymi ludźmi. 


 Wracając do mnie i tego jak fotografuję.
Lubię zatrzymać czas w kadrze. Daje mi to poczucie, że zawsze mogę wrócić do chwili, która mnie urzekła. 
 

Lubię bawić się światłem. Utrwalać piękno, które niejednokrotnie trwa bardzo krótko. Dzięki mojemu hobby mogę zobaczyć wiele cudnych momentów, które tak łatwo przegapić. Przykładowo. Zrobienie zdjęcia wschodowi słońca na Śnieżce wymaga wstania o czwartej rano i wyjścia ze schroniska w momencie gdy wszyscy inni jeszcze śpią. Sfotografowanie pięknego zachodu słońca zmusza do włóczenia się nocą po lesie.

 A przecież w tym czasie można byłoby siedzieć w domu przed telewizorem nie widząc jakie piękne spektakle odbywają się w przyrodzie. Jak słońce schodząc za horyzont daje niepowtarzalne, ciepłe światło, a ludzie i przedmioty rzucają na ziemie piękne długie, powłóczyste cienie. 
 

Jak pięknie skrzy się śnieg przy mrozie minus 15 stopni. Wszyscy siedzą w ciepełku, a fotograf zamarza w terenie, zdolny do największych poświęceń dla zrobienia zdjęcia.
 

Mając aparat w ręku ma się pretekst, żeby wyjść z domu na spacer. Wtedy można spotkać na Starówce parę młodą, która właśnie wyszła z kościoła po zawarciu związku małżeńskiego. Facet obok bawił się w tworzenie baniek mydlanych. A zdjęcie połączyło te dwie chwile dając niepowtarzalny efekt.


Świat jest bardzo ciekawy. Wart uwiecznienia. Nieważne, jaki ma się aparat. Ważne żeby starać się robić jak najciekawsze zdjęcia, wykorzystując wszystkie możliwości posiadanego sprzętu fotograficznego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz